Ebooks

Siadając do pisania grudniowego wstępniaka, pomyślałem sobie, że fajnie by było, gdyby był on zarówno świąteczny, jak i planszówkowy. To, że kupujemy gry pod choinkę i możemy w nie zagrać z najbliższymi zaraz po rozpakowaniu prezentu to banał i nie chcę tym marnować waszego czasu. Napiszę natomiast o pewnej grudniowo-świątecznej tradycji, którą celebruję od dobrych dwudziestu lat. Chodzi o Talisman... tak, Magię i Miecz, tę losową retro grę, na której każdy szanujący się planszówkowicz wyrósł, ale teraz się do tego nie chce przyznać, bo losowa, bo nudna, bo długi czas przygotowania do rozgrywki, bo coś tam jeszcze. Sam też nie jestem jej ogromnym fanem, ponieważ przez lata zagrałem w tyle świetnych gier, że Magia i Miecz po prostu trącą myszką. Nie zmienia to jednak faktu, że w grudniu po prostu rozkładamy wszystkie te plansze, karty oraz żetony i gramy wieczorami, gdy za oknem pada śnieg. No dobra, to ostatnie to od kilku lat ściema, ale fajnie tak dodać śnieg, żeby wyszło jak w amerykańskiej reklamie telewizyjnej. I powiem wam, że w przypadku Talismanu magia świąt po prostu działa. Przez cały rok ciężko mnie nawet nakłonić do komputerowej wersji, a w grudniu siadam przy planszy, rzucam kostkami, łażę losowo to tu, to tam, bez ładu i składu, a jednak świetnie się przy tym bawię. Nie tylko zresztą ja – wszyscy świetnie się bawimy. Zatem i w tym roku na naszym stole będzie gościł karp i Talisman, a w telewizji Kevin sam w domu. Pewne rzeczy się nie zmieniają.

Do zobaczenia za miesiąc! W styczniu stuknie nam równo stówka!
Sto miesięcy to szmat czasu. To więcej niż ośmioletnia, licząc starym trybem, podstawówka. W świecie gier komputerowych to dużo więcej niż na przykład od Betrayal at Krondor do pierwszego Baldur's Gate. W uniwersum gier planszowych to mniej więcej czas pomiędzy pierwszą i drugą edycją planszowej Gry o Tron. W przypadku Rebel Timesa to poważna zmiana od miesięcznika robionego przez dwóch zapaleńców do tytułu, przy którym pracuje ponad dziesięć osób, a liczba indywidualnych pobrań nowych numerów oscyluje w granicy trzech tysięcy, w samym tylko pierwszym miesiącu ich obecności w Internecie. Czasami ludzie pytają mnie: „Stary, jak to wszystko się zaczęło, jaki mieliście początkowy budżet, kogo znałeś, że w ogóle udało się zacząć?”. Niezmiennie, od ponad ośmiu lat, odpowiadam im to samo. Pewnego dnia pomysł po prostu wpadł mi do głowy, nie mieliśmy żadnego budżetu, nikogo w Rebelu nie znałem i zadzwoniłem w ciemno z propozycją. Potem z inicjatywy, którą z ajflem ocenialiśmy na jakieś dziesięć numerów, zrobiła się prawdziwa instytucja. Tak po prostu, ciężką pracą – głównie nad sobą – z miesiąca na miesiąc. Przez te wszystkie lata usłyszeliśmy sporo krytyki – tej obiektywnej, za którą serdecznie dziękujemy, i tej bezsensownej, której w Internecie nie da się uniknąć. Usłyszeliśmy także mnóstwo miłych słów, które sprawiają, że robi się ciepło na sercu, a człowiek myśli sobie, że to wszystko nadal ma sens. Stąd moja rada, jeżeli czytasz te słowa i zawsze marzyłeś nad urzeczywistnieniem swojego Wielkiego Projektu, lecz nigdy nie miałeś dość odwagi. Po prostu spróbuj. Rezultaty mogą cię zdziwić.

Przy okazji, za kolejne osiem lat będę miał czterdziestkę na karku. To naprawdę dziwna myśl, kiedy człowiek przypomni sobie, jak niedawno był na studiach i pisał recenzję Osadników z Catanu do pierwszego numeru pisma na nudnych zajęciach z nie-pamiętam-czego.

Do zobaczenia za miesiąc!
To już siedem lat, odkąd w Sieci ukazał się pierwszy numer naszego pisma. Nawet w najbardziej optymistycznych wizjach nie wyobrażałem sobie, że będę pisał wstępniak do 84 numeru. Internet ma bowiem to do siebie, że wszelkie pojawiające się w nim inicjatywy bywają bardzo efemeryczne i mają tendencję do znikania po bardzo krótkim czasie. Cóż, mamy to ogromne szczęście, że Wy, nasi czytelnicy, nadal znajdujecie w piśmie coś dla siebie i poświęcacie nam kilka chwil swojego cennego czasu. Dziękuje Wam za to z całego serca w imieniu redakcji.

Przez te siedem lat branża gier planszowych w Polsce przeszła ogromną metamorfozę. Gdy przygotowywaliśmy pierwszy numer Rebel Timesa, polskie edycje światowych hitów były rzadkością, a i rodzimi wydawcy nie rozpieszczali nas masą nowości. W 2007 roku ów segment rynku nabierał dopiero tempa i tak naprawdę „eksplodował” dopiero gdzieś w okolicy 2010 roku. Dzisiaj moglibyśmy pisać wyłącznie o polskich premierach i zapewne musielibyśmy podwoić objętość pisma, aby zająć się tym, co wydawane jest w przeciągu zaledwie jednego miesiąca. Co ważniejsze jednak, stosunek ilości do jakości produktów nadal wypada bardzo dobrze, a rynek nie jest zalewany tonami badziewia nastawionego na szybki zysk i znikome zadowolenie klientów.

Obserwowanie tych zmian było dla mnie niezwykle fascynującym zajęciem i lubię sobie czasami pomyśleć, że i my dołożyliśmy do nich jakąś niewielką cegiełkę. Największy wpływ na owe przekształcenia
mieliście jednak Wy, Drodzy Czytelnicy, ponieważ głosując swoimi portfelami, nie dopuściliście do tego, aby wydawcy wciskali Wam bezczelnie, co tylko popadnie. Dzięki temu sprawiliście, że z miesiąca na miesiąc, na półkach sklepowych przybywa hitów, a słabe tytuły bardzo szybko odchodzą do lamusa.

Mam gorącą nadzieję, że gdy za następne siedem lat napiszę wstępniaka do 168 numeru, Polska będzie mogła pochwalić się kolosem wydawniczym pokroju Fantasy Flight Games. Genialnych projektantów
gier już mamy - tylko czekać aż zarobią miliony.

Do zobaczenia za miesiąc!

Październik w planszówkowym świecie niepodzielnie należy do targów w Essen. Truizm, to prawda, jednak niezwykle ważny, ponieważ nic, co w tym wstępniaku bym napisał nie mogłoby nie odnosić się do SPIEL. A napisać zamierzam między innymi o osobie, która dołączyła do grona najlepszych światowych twórców gier, ale przeszło to w Polsce jakoś bez większego echa. Mowa oczywiście o Ignacym Trzewiczku, który Robinsonem Crusoe: Przygoda na przeklętej wyspie udowodnił, że doskonale wie, w jaki sposób tworzyć świetne gry. W tym roku do Essen zabrał ze sobą Osadników: Narodziny Imperium, o których możecie przeczytać w recenzji Tomka Sokoluka. Trzymamy mocno kciuki, aby gra odniosła jeszcze większy sukces niż na Gen Conie!

Polskie akcenty w Essen to oczywiście nie tylko Portal Games z Ignacym Trzewiczkiem na czele, ale także wiele innych wydawnictw – na przykład Fabryka Gier Historycznych, która Arką Zwierzaków udowodniła, że również osiągnęła niezwykle wysoki poziom projektowania gier. Nie można również zapomnieć o osobach, które na SPIEL pojechały prywatnie i powrócą do domów z torbami łupów.

Świetne jest jednak to, że doszliśmy do takiego etapu rozwoju hobby, iż nie tylko importujemy gry, ale również je eksportujemy. I całe szczęście, bo lepiej chyba być w świecie znanym ze świetnych planszówek, niż kilogramów – nawet najsmaczniejszych – jabłek.

Do zobaczenia za miesiąc!

Czasami w karierze recenzenta zdarza się taka sytuacja, że jakiś tytuł okazuje się o wiele bardziej rozbudowany, niż wydawało się to na pierwszy rzut oka. Coś takiego właśnie mi się przytra ło, ponieważ miesiąc temu, recenzując Pandemię: Lekarstwo, szumnie zapowiedziałem, że w tym numerze przedstawię wam wnioski i wrażenia płynące z Pandemii Legacy... Przedstawiam jeden – jest to gra, która wymaga potężnego ogrania i nie ma mowy, aby nie dokończyć całego sezonu przed napisaniem o niej czegokolwiek. Byłoby to bowiem nieuczciwe wobec tego tytułu. 
O Legacy poczytacie zatem za miesiąc, a w tym numerze przeczytacie dwie recenzje Żucha traktujące o nowościach z Essen. Dodatkowo od tego numeru rozpoczynamy nowy kącik – Kącik początkującego gracza – w którym będziemy pisać o grach prostych i przyjemnych, od których można rozpocząć swoją przygodę z grami planszowymi. Na pierwszy ogień idzie Boost!. 

A co z dwoma kącikami karcianymi Veto i Doomtown: Reloaded? Ten pierwszy zniknął z naszym łam na dobre, ponieważ jako redakcja nie chcemy być utożsamiani w jakikolwiek sposób z zawirowaniami, które miały ostatnio miejsce wokół tego tytułu. Życzymy Veto jak najlepiej, ale nie zamierzamy o nim dłużej pisać. Co do drugiego kącika, będzie on miał raczej charakter nieregularny, więc jeśli jesteście fanami DT:R, to sprawdzajcie co miesiąc, czy czegoś dla was nie przygotowaliśmy. 

ZastanawiamysięzresztąnadstworzeniemogólnegoKącikakolekcjonerskichgierkarcianych,wktórympisalibyśmy o różnych tytułach obecnych na rynku i nie tylko. Co sądzicie o takim pomyśle? Piszcie do nas. 

Do zobaczenia za miesiąc!
Na początku listopada odbył się w Lublinie Festiwal Fantastyki Falkon. Impreza cykliczna, na której od lat pojawia się stoisko Rebela, gdzie miałem przyjemność w doborowej ekipie z Pablo na czele uczyć ludzi grać w planszówki. Praca to satysfakcjonująca, choć potrafiąca człowieka naprawdę mocno zmęczyć – uwierzcie na słowo, że tłumaczenie po raz setny tej samej gry prowadzi do tego, iż zaczynacie wątpić, czy sami rozumiecie jej zasady.

Jest to również wprost wymarzona sytuacja do poobserwowania sobie, w jaki sposób planszówki i fantastyka przestały być niszą i stały się częścią głównego nurtu. Jeszcze kilka lat temu małe dzieci kroczące za rękę z rodzicami lub pchane w wózkach były ewenementem i czymś, co zupełnie nie pasowało do wizerunku konwentu. Dzisiaj to już norma – podobnie jak pociechy ogrywające swoich staruszków w Głębię, Jungle Speeda, Dooble lub jakąkolwiek inną grę, która wpadnie im w ręce. Na długo zapamiętam, jak dziewczyna i chłopczyk – na oko po 7 lat – ogrywali swoich rodziców w Splendor raz za razem. I nie było tutaj mowy o podkładaniu się ze strony starszych graczy! Dzieciaki po prostu maksymalizowały swoje kolejne posunięcia, zastanawiając się (czasami na głos), jak sytuacja potoczy się w przeciągu kilku następnych tur, jeśli zdecydują się na taki, a nie inny ruch. Rodzice byli po prostu bez szans. Na naszych oczach wyrasta młode pokolenie, które – gorąco w to wierzę – zamiast po kolejną grę komputerową sięgnie raczej po fajnie wydaną i działającą planszówkę.

Poza tym konwenty są okazją do spotkania setek interesujących osób. Hitem tegorocznego Falkonu był Mark Rein-Hagen kupujący na stoisku Rebela polskie wydanie Drogi Smoka do Legend Pięciu Kręgów! Tyle wygrać jednym podręcznikiem!

Do zobaczenia za miesiąc!
Jestem maniakiem kolekcjonerskich gier karcianych. To zdanie chyba najlepiej opisuje moją mało racjonalną żądzę kupowania wszelakich nowych tytułów tego rodzaju. Pomimo że widziałem już dziesiątki podobnych schematów rozgrywki, to i tak na przekór zdrowemu rozsądkowi wydaję pieniądze na kolejne gry. Nie ma dla mnie znaczenia, że po lekturze instrukcji w Internecie już wiem, że dana karcianka nie zaskoczy mnie niczym nowym i będzie zapewne rozczarowaniem – ja i tak muszę to sprawdzić osobiście. Kończy się to zazwyczaj (jakżeby inaczej) odsprzedażą ze stratą finansową na znanym i popularnym w Polsce serwisie aukcyjnym.

Są jednak takie gry, które pomimo upływu lat, braku nowych edycji i wymierającej sceny turniejowej zalegają w moich klaserach i nie zamierzają się nigdzie wybierać. Vampire: The Eternal Struggle, Dark Eden, Kult, Deadlands CCG – to tylko niektóre z nich. No dobra, Deadlands może już chyba spokojnie opuścić klaser, ponieważ AEG niedawno postanowiło go wznowić pod nazwą Doomtown: Reloaded.

Doomtown to jedna z najlepiej zaprojektowanych gier karcianych w historii tego hobby. Pozostawia daleko w tyle Magica, który wydaje się przy niej prostą grą o ubijaniu potworków. Zresztą to właśnie z tego powodu Czarodzieje z Wybrzeża postanowili ją załatwić, podobnie zresztą jak chociażby Netrunnera. Wykup licencji, zamknięcie linii wydawniczej i pogrzebanie tytułu na lata to ulubione hokus pokus w prestydygitatorskim repertuarze amerykańskiego giganta.

Doomtown nie tylko powraca na polską scenę turniejową, ale zyskuje również od lutego stały kącik w Rebel Timesie. To zresztą nie jedyny tytuł karciany, który zagości w 2015 roku na łamach pisma. Nie uprzedzajmy jednak faktów.

Do zobaczenia za miesiąc!
 Chciałoby się rzec, że wszystko zaczęło się od Magica, ale tak naprawdę pierwszy był Doomtrooper. Przynajmniej w moim przypadku. W 1996 roku byłem kompletnie zielony nie tylko w kwestii gier karcianych, ale w samej idei nowoczesnych gier. Kolekcjonerskich. Wymagających sporych nakładów pieniężnych. Miałem oczywiście za sobą Magię i Miecz, do której posiadałem wszystkie dodatki. Miałem i Magiczny Miecz, mimo że było to w zasadzie to samo: tyle że z o wiele lepszymi ilustracjami. Na tyle zapadającymi w pamięć, że miałem je przed oczami przez wiele lat podczas sesji w Warhammera. No właśnie, gry fabularne, idealnie kolekcjonerskie, ukrywające to jednak pod płaszczykiem sloganu „wystarczy ci ten podręcznik i wyobraźnia”. I zasadniczo wystarcza. W przypadku Młotka i Zewu Cthulhu inne podręczniki były ciekawostką. W Wilkołaku obchodziliśmy się dwoma. W Wampirze podobnie. Legenda Pięciu Kręgów? Earthdawn? Deadlands? To samo. Ile to już... siedem linii wydawniczych? A w międzyczasie karciany Kult, Dark Eden oraz The Gathering, od którego zacząłem ten wstępniak. Kolekcjonerstwo. Zbieractwo. Nawet taka Cywilizacja: Poprzez Wieki sprawia, że łapiesz bakcyla. Niby bez dodatków, ale warto również kupić Sid Meier’s Civilization: The Boardgame, bo podobne, a jak już te dwie to czemu nie i Wojnę Narodów? Psychiatra powie wam pewnie, że to uzależnienie. A potem sam wróci do domu, odpali Steama i spojrzy na swoją kolekcję czterystu gier, z których zainstalował może ze trzydzieści. Tak to już jest. Nic wielkiego. Po prostu pasja.
Do zobaczenia za miesiąc!
Witamy was w grudniowym numerze!

Zapewne jesteście w trakcie przygotowań do świąt. W kuchni unoszą się wspaniałe zapachy. Choinka dumnie stoi w pokoju, przystrajana przez najmłodszych pod czujną opieką dziadków. A wujek, jak to wujek, drzemie zagłębiony w fotelu, ściskając w dłoniach gazetę i lekko pochrapując. Cisza, spokój, atmosfera miłości i śnieg za oknem...

Cóż, w przypadku tego ostatniego trochę mnie poniosło, jednak wszystko inne jest zapewne prawdą. A kiedy dojdzie do otwierania prezentów, fajnie byłoby znaleźć pod drzewkiem jakąś planszówkę. Pamiętam, że znalazłem tak kiedyś Odkrywców Nowych Światów i cały następny rok minął mi na eksplorowaniu planet. To był jeden z najbardziej udanych prezentów, jakie kiedykolwiek otrzymałem. Gra planszowa ma bowiem w sobie o wiele więcej magii, niż dowolna gra komputerowa. Uruchamia wyobraźnię, a z nią nie może konkurować nawet najbardziej dopracowana grafika. Dodatkowo zbliża do siebie ludzi - nie są już oni anonimowymi pikselami, które można z łatwością odhumanizować i przeklinać na najbardziej wymyślne sposoby. No i najważniejsze, gra planszowa pozwala przerzucać mosty pomiędzy światami dorosłych i dzieci. Pamiętacie partyjki w Eurobiznes lub Ryzyko przy rodzinnym stole? A może woleliście tytuły bardziej złożone i ogrywaliście w brydża z tatą mamę i dziadka? Dzisiaj można przebierać w tytułach, wybierzcie więc coś, co pozwoli wam za kilkanaście lat mile wspominać chwile, które spędzicie wspólnie ze swoimi dziećmi. Być może później odwdzięczą się wam partyjką w 7 Cudów Świata, a nie odpalą kolejną edycję League of Legends i po kilku męczących godzinach rozwalą z frustracji klawiaturę o biurko.

Nie pozwólcie na to! Grajcie w planszówki, spędzajcie czas z rodziną i naładujcie baterie przed kolejnym rokiem. Życzymy wam zdrowych i spokojnych świąt oraz szczęśliwego nowego roku.

Do zobaczenia w następnym numerze!
 Miesiąc temu pisałem we wstępniaku o ciężkim życiu zapracowanego freelancera. A jak relaksuje się on w te upalne, lipcowe dni, kiedy żar leje się z nieba, a logiczne myślenie zaczyna być towarem deficytowym? Albo inaczej, co utrzymuje takiego zapracowanego jegomościa przy życiu? W moim przypadku nie jest to kawa, ale obietnica pogrania z moją lepszą połową i przyjaciółmi w planszówki albo możliwość zagrania w Veto, albo w Doomtown, albo w X-Winga, albo... No właśnie, wszystko obraca się wokół hobby. To ono zapewnia ten drugi, niezbędny oddech, to ono pozwala odpłynąć myślami od monotonnej pracy i obmyślać najlepszą strategię wygrania w Baronię lub Szoguna. To ono pozwala wreszcie na spotkania ze znajomymi, co – uwierzcie mi – po trzydziestce nie jest wcale takie proste. „Musimy się spotkać, pogadać... ” – bla, bla, bla, często to słyszycie? A jak często się później spotykacie? Spróbujcie tak: „wiesz, mam taką fajną, nową grę, musimy się spotkać i ją przetestować”. Od razu lepiej. Weekend ze znajomymi macie gwarantowany.

I świetnie, i o to chodzi. Jest lipiec, wakacje, nie dajcie się zwariować – nawet, jeśli jesteście już „dorośli”, siedzicie w pracy i macie dość. Polecam wam takie proste ćwiczenie myślowe. Przenieście się na chwilę do ostatniej rozgrywki w waszą ulubioną planszówkę i przypomnijcie sobie jej najfajniejsze momenty. Prawda, że od razu lepiej?

Do zobaczenia za miesiąc!

Maj upłynął mi przy dwóch grach planszowych. Przedpremierowo pograłem dużo w Herosów Adama Kwapińskiego, a beta-testowo wymęczyłem Stawkę większa niż życie. O obydwu tytułach będziecie mogli dowiedzieć się więcej w tym numerze, jednak zanim sięgniecie do recenzji, chciałbym podzielić się z wami pewną uwagą natury ogólnej. Miesiąc temu narzekałem we wstępniaku (a Piotr Stankiewicz w felietonie), że rynek gier planszowych się nasycił i nie ma już na nim zbyt dużo miejsca na kolejne tytuły, które zalegają później na sklepowych półkach. To oczywiście prawda, ale obowiązuje ona w odniesieniu do gier, które do upadłego starają się kopiować znane i lubiane rozwiązania. Od czasu do czasu oczywiście dorzucają do nich coś nowego, ale widziałem (i sam napisałem) zbyt wiele recenzji zawierających stwierdzenia w stylu: „jest to rozwiązanie zaczerpnięte z tytułu X”. Na szczęście pojawiają się jeszcze na rynku takie gry, jak Herosi i Stawka. Niby już gdzieś te mechanizmy widzieliśmy, niby w coś podobnego już graliśmy, ale... I właśnie to „ale” robi robotę, a wydawca nie nadąża z kolejnymi dodrukami. Czasami jest to szata graficzna, czasami fajnie zazębiające się mechanizmy, zdecydowanie rzadziej coś zupełnie nowego. Jedno jest jednak pewne – te gry mają w sobie po prostu to coś, co każe do nich wracać. Fajnie jest czasem wyłuskać je z morza przeciętności, a jeszcze lepiej samemu zaprojektować. Szkoda tylko, że to drugie jest o wiele trudniejsze.

Do zobaczenia za miesiąc!
©2019 GoogleSite Terms of ServicePrivacyDevelopersArtistsAbout Google|Location: United StatesLanguage: English (United States)
By purchasing this item, you are transacting with Google Payments and agreeing to the Google Payments Terms of Service and Privacy Notice.